niedziela, 10 stycznia 2016

Gdy słowo się rzekło ...

Pierwszy tydzień stycznia już za nami. Wiele sobie postanowiliśmy na ten rok, ja także. "Nowy rok, nowa Ja" ile razy już to słyszeliśmy prawda ? U większości zazwyczaj kończyło się po tygodniu dwóch. Tym co wytrzymali aż miesiąc należą się ogromne brawa. Tylko co dalej ? Nie możemy dalej naszego postanowienia pociągnąć ? Przecież są efekty i nie tylko my je zauważamy. Po paru miesiącach nie będzie to dla nas już ciężarem tylko codziennością. Czy nie o to właśnie chodzi ? Żeby robić postępy ? Być lepszym niż byliśmy wcześniej?
Jedni sobie postanowili, że w 2016 nie będą pili alkoholu, inni nie będą jedli słodyczy w styczniu ( bezpieczny termin dotrzymania postanowienia ) , inni postawili poprzeczkę trochę wyżej. W 2016 schudnę i będę wysportowana/ny. Co za tym idzie ? Więcej wyrzeczeń.
CZAS NA HISTORIĘ Z MORAŁEM, bo dawno nie było :)
Część z Was wie, że zawiesiłam swoją karierę wioślarską jakiś czas temu. Nie ma potrzeby się rozpisywać w tym temacie, dlaczego to zrobiłam, czy nie żałuję, czy wrócę do tego. Odpowiedź jest prosta. Jak na razie czuję się bardzo dobrze z tym co robię obecnie. Ale wracając do naszych postanowień. Wiele razy słyszałam, że łatwo jest mi mówić, bo dla mnie to nie jest problem wstać na trening, zjeść zdrowe posiłki. I wiecie co ? Mieliście rację. Ale tak było do czasu jak trenowałam wioślarstwo. Zawsze miałam trenera nad sobą, który mnie pilnował, na każdym treningu był przy mnie, poprawiał mnie, czasami nawet liczył powtórzenia na siłowni, a o cotygodniowej wadze nie wspomnę już. Ale wiedziałam także, że jak zdobędę jakiś tytuł to będzie to także i jego zasługa bo razem nad tym pracowaliśmy. Teraz jest inaczej To ja jestem kowalem własnego losu i to ode mnie zależy czy zrobię ten trening, czy zostanę w łóżku objadając się chipsami.
Dzisiejszy dzień był TYM dniem, w którym wszystko dookoła mówi nam żebyśmy odpuścili, bo przecież nie widać efektów. Właśnie wtedy przydałby się taki trener, który wpadnie do naszych pokoi, wygoni nas z łóżka i nie pozwoli nam zawalić to wszystko co już wypracowaliśmy.
Dzisiaj niestety nikt taki do mnie nie przyszedł....
Dzień wcześniej już sobie zaplanowałam że parę minut po 11 pójdę na tramwaj żeby pojechać na siłownię. Do godziny 10:53 leżałam jeszcze w łóżku, torba na trening nie była spakowana. Już miałam w głowie te myśli. "Przecież nic się nie stanie jak dzisiaj nie pójdę na trening. Świat się od tego nie zawali. Najwyżej jutro zrobię mocniejszy." W jednej chwili włączyła się we mnie SukaSandra (wtajemniczeni wiedzą o co chodzi), dla laików - byłam bardzo zła. Wtedy jeszcze nie wiedziałam dlaczego, ale czułam się jak bomba, która za chwilę może wybuchnąć. No nic. Nie marnowałam czasu. Wyrwałam szybko z łóżka, torba była spakowana w dwie minuty. Wiedziałam, że jak nie rozładuję tej złości na siłowni to może się dla mnie źle skończyć. Jadąc tramwajem nosiło mnie jak po dobrej przedtreningówce. Wchodząc na siłownię wiedziałam, że dzisiaj nie jest dzień na odpuszczanie...
I wiecie co ?
To był najlepszy trening jaki kiedykolwiek zrobiłam.
Słyszałam wiele opowieści, jak to ktoś miał gwiazdki przed oczami w trakcie treningu, myślał, że zaraz zwymiotuje itd. W końcu tego doświadczyłam. Najlepsze uczucie, bo wiem że dałam z siebie wszystko. Tak zwane sięganie swoich granic możliwości, pokonywanie ich.
Satysfakcja po skończonym treningu była ogromna. I własnie dla takich chwil to robię, to sprawia mi przyjemność. Faktycznie .... byłam bardzo zmęczona, ale ta świadomość, że tego dnia nie odpuściłam trzymała mnie do końca dnia.
Po co ten post ?
Wiadomo, jesteśmy tylko ludźmi, mamy chwile słabości, jedni częściej, inni trochę rzadziej. Ale ustalając swój cel, plany powinniśmy znaleźć swój punkt zaczepienia, naszą "małą" motywację. Coś co nie pozwoli nam odpuścić, coś dzięki czemu będziemy przekraczać swoje granice, a na samym końcu pomoże nam cieszyć się z osiąganych efektów.
Jedni po prostu mają swojego trening partnera, z którym dzielnie walczą. Ja ... hmm można by powiedzieć, że w tym przypadku jestem samotnikiem. Zaczynając trening jestem tylko ja (słuchawki na uszach, pełne wyciszenie, skupienie, nikt mi nie przeszkadza), to ode mnie wszystko zależy. To ja jestem swoją motywacją. Miliony myśli w głowie, bijące się ze sobą. "Odpuść, po co to robisz, jesteś już zmęczona, wszystko Cię boli, już zrobiłaś wystarczająco", ale wtedy biorę głęboki oddech i robię jeszcze więcej, bo to ja jestem kowalem swojego losu w tym momencie. To ja będę miała wyrzuty sumienia jak czegoś nie zrobię. To wszystko później się odbije na moich efektach, bo może to jedno ostatnie powtórzenie będzie ważyło nad wynikiem mojej formy na koniec. Więc gdy pojawią się u was wątpliwości, to nie pozwólcie żeby one wami zawładnęły, bo może to będzie TEN DZIEŃ. Dzień od którego wszystko będzie zależało.
Podsumowując temat, bo trochę się rozpisałam. Stawiając sobie jakiś cel, powinniśmy od razu określić czy wchodzimy w to na 100%, bo sezonowe ćwiczenia nie mają sensu. Najważniejsza jest systematyczność. Znaleźć motywację, najlepiej w sobie, bo dzięki temu będziemy stawali się jeszcze lepsi nie tylko pod względem fizycznym, ale i psychicznym. Staniemy się silniejsi. To ukształtuje nasz charakter, waleczność. I najważniejsza rada .... nie uzależniajmy się od ludzi, którzy odpuszczając w swoich postanowieniach ciągną nas razem ze sobą na dół.
Jedyne co pozostaje mi do powiedzenia teraz to ...
Do boju FIGHTERZY !!!
i niech ten rok będzie rokiem wielkich zmian !!!

A teraz coś całkiem innego niż sportowy tryb życia. Ostatnio wybrałam się na zdjęcia z według mnie najlepszym fotografem. Obserwujcie ją na instagramie @_karowilk_ Dziękuję za zdjęcia !!! Zostawiam was z efektami końcowymi.












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz